Recenzje
Władca Języków, czyli prawie wszystko o tym, jak zostać poliglotą
Budzę się po długiej nocy... Śniło mi się, że siedziałam na zdobnym krześle obitym czerwoną welurową tkaniną, a z moich ust niczym potok rwącej wody płynnie wydobywały się słowa w różnych językach. "Hola! Amigos! Entschuldigung! Dankje! Bonjour!....". I tak rozkoszowałam się tą językową wiązanką, niczym bukietem świeżych wiosennych kwiatów, aż nagle moja korona - władczyni Królestwa Języków, z hukiem powędrowała na podłogę, a ja z mieszanką żalu i zaskoczenia zorientowałam się, że wciąż jestem w swoim pokoju i nadal niestety moje wyobrażenia o wielojęzyczności pozostają w sferze marzeń sennych :)
Tak (prawie) wyglądała noc i poranek zaraz po przeczytaniu książki autorstwa Mariusza Włocha "Władca Języków, czyli prawie wszystko o tym, jak zostać poliglotą. Genialne porady, jak zabrać się do nauki i w lot opanować nowy język".
Sam autor - trener kompetencji komunikacyjnych i językowych, pisze o swojej książce:
"Książka Władca Języków, czyli prawie wszystko o tym, jak zostać poliglotą to poradnik na temat tego, jak zabrać się za siebie i naukę języka i osiągnąć sukces. I powtórzę, że to nie książka-cud, po lekturze której usiądziesz, zamkniesz oczy, a kiedy je otworzysz, to będziesz mówić we wszystkich językach naraz. Nie. To nie tak. To poradnik na temat tego, jak być szczerym wobec samego siebie i odpowiedzieć sobie na parę pytań, dzięki którym nauka języka (czy czegokolwiek innego) będzie łatwiejsza czy w ogóle możliwa."
Zgadzam się dokładnie z każdym słowem tego opisu. Rzeczywiście, książka pomaga złamać parę mitów na temat nauki języków, takich jak np.: "ojej, bo ja nie mam talentu językowego", "bo ja się tak stresuję na zajęciach", "ale ja nie mam czasu", "przecież my na lekcjach tylko powtarzamy po nauczycielu jakieś najprostsze zdania, jak się niby więc mam nauczyć?" i wiele innych "bo", "przecież" i "ale", które zazwyczaj są tylko wymówkami, które przed samym sobą mają nas rozgrzeszyć z lenistwa.
Autor w postaci anegdot, z ogromną dawką poczucia humoru i pozytywnej energii opowiada nam o własnych doświadczeniach z uczniami, którzy miewali podobne problemy do nas - barierę językową, "kamień w gardle", "mur", który oddzielał ich od płynności w mówieniu. Na każdą z tych okazji, pan Mariusz wyciąga z rękawa odpowiednią technikę NLP i... po sprawie... :)
Czy aby na pewno jest tak pięknie i tęczowo?
No niestety nie. Tak jak napisałam, zgadzam się ze wszystkimi słowami autora, również z tym, że nie jest to "książka-cud". Inspiruje do nauki, pomaga uwierzyć w siebie, poddaje mnóstwo ciekawych pomysłów na walczenie ze swoimi słabościami, nie jest to natomiast książka o metodach nauki języków obcych. Tutaj więc, tytuł wydaje się być trochę nieadekwatny do treści, bo do zostania poliglotą potrzeba jednak trochę więcej, niż tylko pozytywnego nastawienia i chęci. Pozycję polecam więc wszystkim, którzy właśnie z utrzymaniem tej dobrej energii mają problem, nie szukają natomiast jeszcze lub mają już opanowane rozmaite techniki i metody uczenia się języków.
Tak (prawie) wyglądała noc i poranek zaraz po przeczytaniu książki autorstwa Mariusza Włocha "Władca Języków, czyli prawie wszystko o tym, jak zostać poliglotą. Genialne porady, jak zabrać się do nauki i w lot opanować nowy język".
Sam autor - trener kompetencji komunikacyjnych i językowych, pisze o swojej książce:
"Książka Władca Języków, czyli prawie wszystko o tym, jak zostać poliglotą to poradnik na temat tego, jak zabrać się za siebie i naukę języka i osiągnąć sukces. I powtórzę, że to nie książka-cud, po lekturze której usiądziesz, zamkniesz oczy, a kiedy je otworzysz, to będziesz mówić we wszystkich językach naraz. Nie. To nie tak. To poradnik na temat tego, jak być szczerym wobec samego siebie i odpowiedzieć sobie na parę pytań, dzięki którym nauka języka (czy czegokolwiek innego) będzie łatwiejsza czy w ogóle możliwa."
Zgadzam się dokładnie z każdym słowem tego opisu. Rzeczywiście, książka pomaga złamać parę mitów na temat nauki języków, takich jak np.: "ojej, bo ja nie mam talentu językowego", "bo ja się tak stresuję na zajęciach", "ale ja nie mam czasu", "przecież my na lekcjach tylko powtarzamy po nauczycielu jakieś najprostsze zdania, jak się niby więc mam nauczyć?" i wiele innych "bo", "przecież" i "ale", które zazwyczaj są tylko wymówkami, które przed samym sobą mają nas rozgrzeszyć z lenistwa.
Autor w postaci anegdot, z ogromną dawką poczucia humoru i pozytywnej energii opowiada nam o własnych doświadczeniach z uczniami, którzy miewali podobne problemy do nas - barierę językową, "kamień w gardle", "mur", który oddzielał ich od płynności w mówieniu. Na każdą z tych okazji, pan Mariusz wyciąga z rękawa odpowiednią technikę NLP i... po sprawie... :)
Czy aby na pewno jest tak pięknie i tęczowo?
No niestety nie. Tak jak napisałam, zgadzam się ze wszystkimi słowami autora, również z tym, że nie jest to "książka-cud". Inspiruje do nauki, pomaga uwierzyć w siebie, poddaje mnóstwo ciekawych pomysłów na walczenie ze swoimi słabościami, nie jest to natomiast książka o metodach nauki języków obcych. Tutaj więc, tytuł wydaje się być trochę nieadekwatny do treści, bo do zostania poliglotą potrzeba jednak trochę więcej, niż tylko pozytywnego nastawienia i chęci. Pozycję polecam więc wszystkim, którzy właśnie z utrzymaniem tej dobrej energii mają problem, nie szukają natomiast jeszcze lub mają już opanowane rozmaite techniki i metody uczenia się języków.
jezykikulturaswiat.blogspot.com 2014-04-24
Niemiecki dla bystrzaków
Książka ukazująca się w serii “Dla bystrzaków” służąca do nauki języka niemieckiego to dobra pozycja dla tych, którzy chcą przypomnieć sobie język zachodnich sąsiadów po długim czasie.
21 rozdziałów pozwala na przypomnienie (i opanowanie) języka umożliwiającego sprawne poruszanie się po niemieckich miastach i miasteczkach. Autorzy postawili sobie za cel lekkim stylem nauczenie nas języka, który dla wielu jest dość trudny.
Wszystkie umlauty, akcenty czy odmiany nie będą dla Ciebie – drogi Czytelniku – tajemnicą. Z żółtą serią ćwiczysz wymowę i prowadzić płynne rozmowy z przyjaciółmi z Niemiec. Odmiana czasowników nie ma żadnych tajemnic. Czasem nawet błyśniesz znanym powiedzeniem czy idiomem.
Książka stanowi zarówno samodzielny podręcznik do nauki języka jak i dodatek do kursów, na które aktualnie się uczęszcza. To opowieść, w której uczymy się i bawimy. Niektóre bowiem z zadań więcej dają nam radości i wiedzy niż jakiekolwiek inne zadania.
Komm, Gib Mir Deine Hand śpiewali kiedyś Beatlesi. I był to ich jedyny utwór wykonywany także w języku innym niż angielski – pisze wydawca. Warto się uczyć języków obcych. Warto się uczyć niemieckiego bystrzaku!
21 rozdziałów pozwala na przypomnienie (i opanowanie) języka umożliwiającego sprawne poruszanie się po niemieckich miastach i miasteczkach. Autorzy postawili sobie za cel lekkim stylem nauczenie nas języka, który dla wielu jest dość trudny.
Wszystkie umlauty, akcenty czy odmiany nie będą dla Ciebie – drogi Czytelniku – tajemnicą. Z żółtą serią ćwiczysz wymowę i prowadzić płynne rozmowy z przyjaciółmi z Niemiec. Odmiana czasowników nie ma żadnych tajemnic. Czasem nawet błyśniesz znanym powiedzeniem czy idiomem.
Książka stanowi zarówno samodzielny podręcznik do nauki języka jak i dodatek do kursów, na które aktualnie się uczęszcza. To opowieść, w której uczymy się i bawimy. Niektóre bowiem z zadań więcej dają nam radości i wiedzy niż jakiekolwiek inne zadania.
Komm, Gib Mir Deine Hand śpiewali kiedyś Beatlesi. I był to ich jedyny utwór wykonywany także w języku innym niż angielski – pisze wydawca. Warto się uczyć języków obcych. Warto się uczyć niemieckiego bystrzaku!
ksiazka-online.pl 2014-03-15
Niemiecki dla bystrzaków
Książka ukazująca się w serii “Dla bystrzaków” służąca do nauki języka niemieckiego to dobra pozycja dla tych, którzy chcą przypomnieć sobie język zachodnich sąsiadów po długim czasie.
21 rozdziałów pozwala na przypomnienie (i opanowanie) języka umożliwiającego sprawne poruszanie się po niemieckich miastach i miasteczkach. Autorzy postawili sobie za cel lekkim stylem nauczenie nas języka, który dla wielu jest dość trudny.
Wszystkie umlauty, akcenty czy odmiany nie będą dla Ciebie – drogi Czytelniku – tajemnicą. Z żółtą serią ćwiczysz wymowę i prowadzić płynne rozmowy z przyjaciółmi z Niemiec. Odmiana czasowników nie ma żadnych tajemnic. Czasem nawet błyśniesz znanym powiedzeniem czy idiomem.
Książka stanowi zarówno samodzielny podręcznik do nauki języka jak i dodatek do kursów, na które aktualnie się uczęszcza. To opowieść, w której uczymy się i bawimy. Niektóre bowiem z zadań więcej dają nam radości i wiedzy niż jakiekolwiek inne zadania.
Komm, Gib Mir Deine Hand śpiewali kiedyś Beatlesi. I był to ich jedyny utwór wykonywany także w języku innym niż angielski – pisze wydawca. Warto się uczyć języków obcych. Warto się uczyć niemieckiego bystrzaku!
21 rozdziałów pozwala na przypomnienie (i opanowanie) języka umożliwiającego sprawne poruszanie się po niemieckich miastach i miasteczkach. Autorzy postawili sobie za cel lekkim stylem nauczenie nas języka, który dla wielu jest dość trudny.
Wszystkie umlauty, akcenty czy odmiany nie będą dla Ciebie – drogi Czytelniku – tajemnicą. Z żółtą serią ćwiczysz wymowę i prowadzić płynne rozmowy z przyjaciółmi z Niemiec. Odmiana czasowników nie ma żadnych tajemnic. Czasem nawet błyśniesz znanym powiedzeniem czy idiomem.
Książka stanowi zarówno samodzielny podręcznik do nauki języka jak i dodatek do kursów, na które aktualnie się uczęszcza. To opowieść, w której uczymy się i bawimy. Niektóre bowiem z zadań więcej dają nam radości i wiedzy niż jakiekolwiek inne zadania.
Komm, Gib Mir Deine Hand śpiewali kiedyś Beatlesi. I był to ich jedyny utwór wykonywany także w języku innym niż angielski – pisze wydawca. Warto się uczyć języków obcych. Warto się uczyć niemieckiego bystrzaku!
ksiazka-online.pl 2014-03-15
Władca Języków, czyli prawie wszystko o tym, jak zostać poliglotą
Pan Włoch – idealne nazwisko dla trenera języków obcych – jest człowiekiem sukcesu. Z dumą firmuje swoją szkołę językową własnym nazwiskiem, tworzy podręczniki metody bezpośredniej, którą promuje w swym przybytku edukacji i wabi czytelników szumnym tytułem napisanej przez siebie książki. Niestety niektórzy zawiodą się na dziele samozwańczego „władcy języków” i nie znajdą tam tego, czego szukali, kupując tę książkę. „Genialnym pomysłom” z okładki daleko nie tylko do genialności, ale i do oryginalności. Wskazówki metodyczne są bardzo skąpe. Fakt ten nie powinien jednak zaskakiwać, biorąc pod uwagę to, że książka stanowi element autopromocji autora i jego szkoły. Logiczne zatem, że wszystkich tajników nauczania nie można w niej zdradzić, by odpowiednia dawka tajemniczości przyciągała nową klientelę.
Powszechnie wiadomo, że różnicowanie bodźców podczas nauki przynosi dobre efekty, a stosowanie ciągle jednej metody po jakimś czasie staje się monotonne i po prostu nudne zarówno dla nauczyciela jak i dla ucznia. Pod tym względem, a także pod wieloma innymi, Mariusz Włoch Ameryki nie odkrył. Największa innowacyjność i nowatorstwo w jego podejściu polega na wykorzystaniu metod programowania neurolingwistycznego (NLP), technik rozwoju osobistego, coachingu i użyciu kilku innych modnych słów, takich jak kognitywistyka. Jak na książkę o języku, mało tam „języka w języku”, parafrazując kwestię ze znanego filmu z czasów słusznie minionych. Zamiast tego mamy duże ego autora, dużą erudycję autora, duże poczucie humoru autora, itp. Podsumowując, mamy tam dużo autora - to książka o autorze właśnie i o jego przygodach z nauczaniem. Część o „niekonwencjonalnych narzędziach językowych” można streścić w kilku punktach: mapy myśli, fiszki, kolory, uczenie się na głos. Mowa tam też o śpiewaniu i żartach Karola Strasburgera...
Autor dzieli się z czytelnikami swoim doświadczeniem w prowadzeniu zajęć w różnych językach. Zdradza nam również kilka trików, które podłapał na kursach NLP. Książka wprost kipi od cudownych porad. Punkt ciężkości położony został na kwestie takie, jak przełamywanie bariery językowej, walka ze stresem i rola nauczyciela w procesie uczenia. Elementy NLP łączą się z Cialdinim, pojawia się również Joe Vitale – znany amerykański mentor i hipnotyzer wraz ze swym nastawieniem: „dowiedz się, czego chcesz i zacznij działać”.
Nie każdy ma obowiązek podzielać spojrzenie autora na nauczanie języków obcych. Istnieją przecież liczne metody różniące się od tej preferowanej przez niego. „Władca języków” zawiera wiele ciekawych spostrzeżeń, ale nie są one bynajmniej odkrywcze. To, że ludzie są mistrzami wymówek, wiadomo nie od dziś. Że do udanej nauki potrzeba motywacji i samodyscypliny, również nie jest nowością. Podobnie to, że najważniejsza jest komunikacja, której nie są w stanie nauczyć nas programy komputerowe ani kursy na płytach, bo potrzebna jest interakcja z drugim człowiekiem.
Dodatkowo sposób pisania autora należy do tych rzeczy, które albo się kocha albo nienawidzi. Dla niektórych będzie świetny, iskrzący humorem, inteligentny. Dla innych po prostu irytujący, pełen tanich dowcipów (zwłaszcza tych związanych z regularnym stolcem) i przemądrzały. Do tego odrobinę dezorientująca może być maniera pisania rozdziałów, skierowanych naprzemiennie do czytelnika i czytelniczki. Autor zdecydował się bowiem część rozdziałów pisać do mężczyzny a część do kobiety. Nie wiadomo, czy to kwestia braku zdecydowania, daleko posuniętej poprawności politycznej, podpowiedzianej przez doradców od PR-u, czy może zwykłe rozdwojenie jaźni.
Napisanie własnej książki to również znakomita okazja na utyskiwanie na publiczne szkolnictwo. Oczywiście nie dla samego ulżenia sobie i powspominania traumatycznych przeżyć okresu dojrzewania. Psioczenie na ograniczony, nieelastyczny i niedostosowany do geniuszu autora system edukacji państwowej, prywatne ale anonimowe pseudo-szkoły językowe oraz tanich niekompetentnych studentów udzielających korepetycji w bezpośredni sposób naprowadza czytelnika na jedyny dobry wybór, jakim jest zapisanie się do szkoły językowej autora. Nie ma bowiem idealnej metody dla wszystkich, bo każdy jest inny i różnimy się od siebie, ale najbliższa ideału jest oczywiście metoda używana w szkole autora. Zresztą złotą receptę na nauczenie się języka zawiera poniższy cytat: „Trenuj zadawanie pytań i prowadzenie rozmowy, resztę nauczysz się w życiu i oczywiście na szkoleniach z rozwoju osobistego, na które także Cię zapraszam”. Nic dodać, nic ująć...
Kupienie „Władcy języków” osobom uczącym się języków obcych raczej nie zaszkodzi. Znajdą tam one kilka ciekawych rzeczy, pod warunkiem, że nie zniechęci ich wspomniany już wyżej styl pisarski autora, stojący na pograniczu showmańskich wspomnień kabareciarza oraz wynurzeń eksperta specjalizującego się w coachingu i warsztatach rozwoju osobistego. Nic się również nie stanie, jeśli uczący się języków nie zakupią książki pana Włocha. Wszakże wielokrotnie na kartach swej książki powtarza on, że wszystko zależy od nas samych i ucząc się zawsze mamy rację. W myśl tego, to, czy nauczymy się języka angielskiego, norweskiego czy suahili także zależy tylko od nas, a nie od jakiejś konkretnej książki. Tak samo tylko od Was samych zależy, czy sięgniecie po tę pozycję. Ale może zamiast ją czytać, warto sięgnąć po listę słówek albo fiszki. Włączyć obcojęzyczne radio. Przeczytać artykuł w obcym języku w Internecie. Mariusz Włoch, jego książka, ani jego szkoła nie zrobią tego za was.
Powszechnie wiadomo, że różnicowanie bodźców podczas nauki przynosi dobre efekty, a stosowanie ciągle jednej metody po jakimś czasie staje się monotonne i po prostu nudne zarówno dla nauczyciela jak i dla ucznia. Pod tym względem, a także pod wieloma innymi, Mariusz Włoch Ameryki nie odkrył. Największa innowacyjność i nowatorstwo w jego podejściu polega na wykorzystaniu metod programowania neurolingwistycznego (NLP), technik rozwoju osobistego, coachingu i użyciu kilku innych modnych słów, takich jak kognitywistyka. Jak na książkę o języku, mało tam „języka w języku”, parafrazując kwestię ze znanego filmu z czasów słusznie minionych. Zamiast tego mamy duże ego autora, dużą erudycję autora, duże poczucie humoru autora, itp. Podsumowując, mamy tam dużo autora - to książka o autorze właśnie i o jego przygodach z nauczaniem. Część o „niekonwencjonalnych narzędziach językowych” można streścić w kilku punktach: mapy myśli, fiszki, kolory, uczenie się na głos. Mowa tam też o śpiewaniu i żartach Karola Strasburgera...
Autor dzieli się z czytelnikami swoim doświadczeniem w prowadzeniu zajęć w różnych językach. Zdradza nam również kilka trików, które podłapał na kursach NLP. Książka wprost kipi od cudownych porad. Punkt ciężkości położony został na kwestie takie, jak przełamywanie bariery językowej, walka ze stresem i rola nauczyciela w procesie uczenia. Elementy NLP łączą się z Cialdinim, pojawia się również Joe Vitale – znany amerykański mentor i hipnotyzer wraz ze swym nastawieniem: „dowiedz się, czego chcesz i zacznij działać”.
Nie każdy ma obowiązek podzielać spojrzenie autora na nauczanie języków obcych. Istnieją przecież liczne metody różniące się od tej preferowanej przez niego. „Władca języków” zawiera wiele ciekawych spostrzeżeń, ale nie są one bynajmniej odkrywcze. To, że ludzie są mistrzami wymówek, wiadomo nie od dziś. Że do udanej nauki potrzeba motywacji i samodyscypliny, również nie jest nowością. Podobnie to, że najważniejsza jest komunikacja, której nie są w stanie nauczyć nas programy komputerowe ani kursy na płytach, bo potrzebna jest interakcja z drugim człowiekiem.
Dodatkowo sposób pisania autora należy do tych rzeczy, które albo się kocha albo nienawidzi. Dla niektórych będzie świetny, iskrzący humorem, inteligentny. Dla innych po prostu irytujący, pełen tanich dowcipów (zwłaszcza tych związanych z regularnym stolcem) i przemądrzały. Do tego odrobinę dezorientująca może być maniera pisania rozdziałów, skierowanych naprzemiennie do czytelnika i czytelniczki. Autor zdecydował się bowiem część rozdziałów pisać do mężczyzny a część do kobiety. Nie wiadomo, czy to kwestia braku zdecydowania, daleko posuniętej poprawności politycznej, podpowiedzianej przez doradców od PR-u, czy może zwykłe rozdwojenie jaźni.
Napisanie własnej książki to również znakomita okazja na utyskiwanie na publiczne szkolnictwo. Oczywiście nie dla samego ulżenia sobie i powspominania traumatycznych przeżyć okresu dojrzewania. Psioczenie na ograniczony, nieelastyczny i niedostosowany do geniuszu autora system edukacji państwowej, prywatne ale anonimowe pseudo-szkoły językowe oraz tanich niekompetentnych studentów udzielających korepetycji w bezpośredni sposób naprowadza czytelnika na jedyny dobry wybór, jakim jest zapisanie się do szkoły językowej autora. Nie ma bowiem idealnej metody dla wszystkich, bo każdy jest inny i różnimy się od siebie, ale najbliższa ideału jest oczywiście metoda używana w szkole autora. Zresztą złotą receptę na nauczenie się języka zawiera poniższy cytat: „Trenuj zadawanie pytań i prowadzenie rozmowy, resztę nauczysz się w życiu i oczywiście na szkoleniach z rozwoju osobistego, na które także Cię zapraszam”. Nic dodać, nic ująć...
Kupienie „Władcy języków” osobom uczącym się języków obcych raczej nie zaszkodzi. Znajdą tam one kilka ciekawych rzeczy, pod warunkiem, że nie zniechęci ich wspomniany już wyżej styl pisarski autora, stojący na pograniczu showmańskich wspomnień kabareciarza oraz wynurzeń eksperta specjalizującego się w coachingu i warsztatach rozwoju osobistego. Nic się również nie stanie, jeśli uczący się języków nie zakupią książki pana Włocha. Wszakże wielokrotnie na kartach swej książki powtarza on, że wszystko zależy od nas samych i ucząc się zawsze mamy rację. W myśl tego, to, czy nauczymy się języka angielskiego, norweskiego czy suahili także zależy tylko od nas, a nie od jakiejś konkretnej książki. Tak samo tylko od Was samych zależy, czy sięgniecie po tę pozycję. Ale może zamiast ją czytać, warto sięgnąć po listę słówek albo fiszki. Włączyć obcojęzyczne radio. Przeczytać artykuł w obcym języku w Internecie. Mariusz Włoch, jego książka, ani jego szkoła nie zrobią tego za was.
Opętani Czytaniem Michał Surmacz, 2014-03-09
Władca Języków, czyli prawie wszystko o tym, jak zostać poliglotą
Pan Włoch – idealne nazwisko dla trenera języków obcych – jest człowiekiem sukcesu. Z dumą firmuje swoją szkołę językową własnym nazwiskiem, tworzy podręczniki metody bezpośredniej, którą promuje w swym przybytku edukacji i wabi czytelników szumnym tytułem napisanej przez siebie książki. Niestety niektórzy zawiodą się na dziele samozwańczego „władcy języków” i nie znajdą tam tego, czego szukali, kupując tę książkę. „Genialnym pomysłom” z okładki daleko nie tylko do genialności, ale i do oryginalności. Wskazówki metodyczne są bardzo skąpe. Fakt ten nie powinien jednak zaskakiwać, biorąc pod uwagę to, że książka stanowi element autopromocji autora i jego szkoły. Logiczne zatem, że wszystkich tajników nauczania nie można w niej zdradzić, by odpowiednia dawka tajemniczości przyciągała nową klientelę.
Powszechnie wiadomo, że różnicowanie bodźców podczas nauki przynosi dobre efekty, a stosowanie ciągle jednej metody po jakimś czasie staje się monotonne i po prostu nudne zarówno dla nauczyciela jak i dla ucznia. Pod tym względem, a także pod wieloma innymi, Mariusz Włoch Ameryki nie odkrył. Największa innowacyjność i nowatorstwo w jego podejściu polega na wykorzystaniu metod programowania neurolingwistycznego (NLP), technik rozwoju osobistego, coachingu i użyciu kilku innych modnych słów, takich jak kognitywistyka. Jak na książkę o języku, mało tam „języka w języku”, parafrazując kwestię ze znanego filmu z czasów słusznie minionych. Zamiast tego mamy duże ego autora, dużą erudycję autora, duże poczucie humoru autora, itp. Podsumowując, mamy tam dużo autora - to książka o autorze właśnie i o jego przygodach z nauczaniem. Część o „niekonwencjonalnych narzędziach językowych” można streścić w kilku punktach: mapy myśli, fiszki, kolory, uczenie się na głos. Mowa tam też o śpiewaniu i żartach Karola Strasburgera...
Autor dzieli się z czytelnikami swoim doświadczeniem w prowadzeniu zajęć w różnych językach. Zdradza nam również kilka trików, które podłapał na kursach NLP. Książka wprost kipi od cudownych porad. Punkt ciężkości położony został na kwestie takie, jak przełamywanie bariery językowej, walka ze stresem i rola nauczyciela w procesie uczenia. Elementy NLP łączą się z Cialdinim, pojawia się również Joe Vitale – znany amerykański mentor i hipnotyzer wraz ze swym nastawieniem: „dowiedz się, czego chcesz i zacznij działać”.
Nie każdy ma obowiązek podzielać spojrzenie autora na nauczanie języków obcych. Istnieją przecież liczne metody różniące się od tej preferowanej przez niego. „Władca języków” zawiera wiele ciekawych spostrzeżeń, ale nie są one bynajmniej odkrywcze. To, że ludzie są mistrzami wymówek, wiadomo nie od dziś. Że do udanej nauki potrzeba motywacji i samodyscypliny, również nie jest nowością. Podobnie to, że najważniejsza jest komunikacja, której nie są w stanie nauczyć nas programy komputerowe ani kursy na płytach, bo potrzebna jest interakcja z drugim człowiekiem.
Dodatkowo sposób pisania autora należy do tych rzeczy, które albo się kocha albo nienawidzi. Dla niektórych będzie świetny, iskrzący humorem, inteligentny. Dla innych po prostu irytujący, pełen tanich dowcipów (zwłaszcza tych związanych z regularnym stolcem) i przemądrzały. Do tego odrobinę dezorientująca może być maniera pisania rozdziałów, skierowanych naprzemiennie do czytelnika i czytelniczki. Autor zdecydował się bowiem część rozdziałów pisać do mężczyzny a część do kobiety. Nie wiadomo, czy to kwestia braku zdecydowania, daleko posuniętej poprawności politycznej, podpowiedzianej przez doradców od PR-u, czy może zwykłe rozdwojenie jaźni.
Napisanie własnej książki to również znakomita okazja na utyskiwanie na publiczne szkolnictwo. Oczywiście nie dla samego ulżenia sobie i powspominania traumatycznych przeżyć okresu dojrzewania. Psioczenie na ograniczony, nieelastyczny i niedostosowany do geniuszu autora system edukacji państwowej, prywatne ale anonimowe pseudo-szkoły językowe oraz tanich niekompetentnych studentów udzielających korepetycji w bezpośredni sposób naprowadza czytelnika na jedyny dobry wybór, jakim jest zapisanie się do szkoły językowej autora. Nie ma bowiem idealnej metody dla wszystkich, bo każdy jest inny i różnimy się od siebie, ale najbliższa ideału jest oczywiście metoda używana w szkole autora. Zresztą złotą receptę na nauczenie się języka zawiera poniższy cytat: „Trenuj zadawanie pytań i prowadzenie rozmowy, resztę nauczysz się w życiu i oczywiście na szkoleniach z rozwoju osobistego, na które także Cię zapraszam”. Nic dodać, nic ująć...
Kupienie „Władcy języków” osobom uczącym się języków obcych raczej nie zaszkodzi. Znajdą tam one kilka ciekawych rzeczy, pod warunkiem, że nie zniechęci ich wspomniany już wyżej styl pisarski autora, stojący na pograniczu showmańskich wspomnień kabareciarza oraz wynurzeń eksperta specjalizującego się w coachingu i warsztatach rozwoju osobistego. Nic się również nie stanie, jeśli uczący się języków nie zakupią książki pana Włocha. Wszakże wielokrotnie na kartach swej książki powtarza on, że wszystko zależy od nas samych i ucząc się zawsze mamy rację. W myśl tego, to, czy nauczymy się języka angielskiego, norweskiego czy suahili także zależy tylko od nas, a nie od jakiejś konkretnej książki. Tak samo tylko od Was samych zależy, czy sięgniecie po tę pozycję. Ale może zamiast ją czytać, warto sięgnąć po listę słówek albo fiszki. Włączyć obcojęzyczne radio. Przeczytać artykuł w obcym języku w Internecie. Mariusz Włoch, jego książka, ani jego szkoła nie zrobią tego za was.
Powszechnie wiadomo, że różnicowanie bodźców podczas nauki przynosi dobre efekty, a stosowanie ciągle jednej metody po jakimś czasie staje się monotonne i po prostu nudne zarówno dla nauczyciela jak i dla ucznia. Pod tym względem, a także pod wieloma innymi, Mariusz Włoch Ameryki nie odkrył. Największa innowacyjność i nowatorstwo w jego podejściu polega na wykorzystaniu metod programowania neurolingwistycznego (NLP), technik rozwoju osobistego, coachingu i użyciu kilku innych modnych słów, takich jak kognitywistyka. Jak na książkę o języku, mało tam „języka w języku”, parafrazując kwestię ze znanego filmu z czasów słusznie minionych. Zamiast tego mamy duże ego autora, dużą erudycję autora, duże poczucie humoru autora, itp. Podsumowując, mamy tam dużo autora - to książka o autorze właśnie i o jego przygodach z nauczaniem. Część o „niekonwencjonalnych narzędziach językowych” można streścić w kilku punktach: mapy myśli, fiszki, kolory, uczenie się na głos. Mowa tam też o śpiewaniu i żartach Karola Strasburgera...
Autor dzieli się z czytelnikami swoim doświadczeniem w prowadzeniu zajęć w różnych językach. Zdradza nam również kilka trików, które podłapał na kursach NLP. Książka wprost kipi od cudownych porad. Punkt ciężkości położony został na kwestie takie, jak przełamywanie bariery językowej, walka ze stresem i rola nauczyciela w procesie uczenia. Elementy NLP łączą się z Cialdinim, pojawia się również Joe Vitale – znany amerykański mentor i hipnotyzer wraz ze swym nastawieniem: „dowiedz się, czego chcesz i zacznij działać”.
Nie każdy ma obowiązek podzielać spojrzenie autora na nauczanie języków obcych. Istnieją przecież liczne metody różniące się od tej preferowanej przez niego. „Władca języków” zawiera wiele ciekawych spostrzeżeń, ale nie są one bynajmniej odkrywcze. To, że ludzie są mistrzami wymówek, wiadomo nie od dziś. Że do udanej nauki potrzeba motywacji i samodyscypliny, również nie jest nowością. Podobnie to, że najważniejsza jest komunikacja, której nie są w stanie nauczyć nas programy komputerowe ani kursy na płytach, bo potrzebna jest interakcja z drugim człowiekiem.
Dodatkowo sposób pisania autora należy do tych rzeczy, które albo się kocha albo nienawidzi. Dla niektórych będzie świetny, iskrzący humorem, inteligentny. Dla innych po prostu irytujący, pełen tanich dowcipów (zwłaszcza tych związanych z regularnym stolcem) i przemądrzały. Do tego odrobinę dezorientująca może być maniera pisania rozdziałów, skierowanych naprzemiennie do czytelnika i czytelniczki. Autor zdecydował się bowiem część rozdziałów pisać do mężczyzny a część do kobiety. Nie wiadomo, czy to kwestia braku zdecydowania, daleko posuniętej poprawności politycznej, podpowiedzianej przez doradców od PR-u, czy może zwykłe rozdwojenie jaźni.
Napisanie własnej książki to również znakomita okazja na utyskiwanie na publiczne szkolnictwo. Oczywiście nie dla samego ulżenia sobie i powspominania traumatycznych przeżyć okresu dojrzewania. Psioczenie na ograniczony, nieelastyczny i niedostosowany do geniuszu autora system edukacji państwowej, prywatne ale anonimowe pseudo-szkoły językowe oraz tanich niekompetentnych studentów udzielających korepetycji w bezpośredni sposób naprowadza czytelnika na jedyny dobry wybór, jakim jest zapisanie się do szkoły językowej autora. Nie ma bowiem idealnej metody dla wszystkich, bo każdy jest inny i różnimy się od siebie, ale najbliższa ideału jest oczywiście metoda używana w szkole autora. Zresztą złotą receptę na nauczenie się języka zawiera poniższy cytat: „Trenuj zadawanie pytań i prowadzenie rozmowy, resztę nauczysz się w życiu i oczywiście na szkoleniach z rozwoju osobistego, na które także Cię zapraszam”. Nic dodać, nic ująć...
Kupienie „Władcy języków” osobom uczącym się języków obcych raczej nie zaszkodzi. Znajdą tam one kilka ciekawych rzeczy, pod warunkiem, że nie zniechęci ich wspomniany już wyżej styl pisarski autora, stojący na pograniczu showmańskich wspomnień kabareciarza oraz wynurzeń eksperta specjalizującego się w coachingu i warsztatach rozwoju osobistego. Nic się również nie stanie, jeśli uczący się języków nie zakupią książki pana Włocha. Wszakże wielokrotnie na kartach swej książki powtarza on, że wszystko zależy od nas samych i ucząc się zawsze mamy rację. W myśl tego, to, czy nauczymy się języka angielskiego, norweskiego czy suahili także zależy tylko od nas, a nie od jakiejś konkretnej książki. Tak samo tylko od Was samych zależy, czy sięgniecie po tę pozycję. Ale może zamiast ją czytać, warto sięgnąć po listę słówek albo fiszki. Włączyć obcojęzyczne radio. Przeczytać artykuł w obcym języku w Internecie. Mariusz Włoch, jego książka, ani jego szkoła nie zrobią tego za was.
Opętani Czytaniem Michał Surmacz, 2014-03-09
Władca Języków, czyli prawie wszystko o tym, jak zostać poliglotą
Żyjemy w czasach, w których z łatwością możemy komunikować się z ludźmi na całym świecie. Mamy także możliwość podróżowania coraz dalej i coraz szybciej. Wiele granic stoi przed nami otworem. Mimo to czasem napotykamy na pewną przeszkodę, której nie potrafimy przeskoczyć. Tę barierę stanowi język. Współcześnie, ciężko sobie wyobrazić brak znajomości chociażby angielskiego. To prawie jak kalectwo. Pracodawcy wymagają jednak od nas coraz więcej. Często decydujemy się też na atrakcyjną pracę za granicą, aby podwyższyć standard swojego życia. Wszystko wygląda na proste, póki nie przychodzi czas na naukę. Z góry zakładamy, że nam się nie uda, ponieważ język, który wybraliśmy wydaje nam się za trudny. Co jednak, jeśli ktoś Ci powie, że „nie ma języków obcych - są tylko te, których jeszcze nie znasz”? To motto zawarte jest w książce trenera kompetencji komunikacyjnych i językowych Mariusza Włocha Władca Języków, czyli prawie wszystko o tym, jak zostać poliglotą.
Książka jest wszechstronnym poradnikiem. Znajdziemy w niej rady, jak znaleźć skuteczną metodę nauki, która będzie dla nas odpowiednia. Przeczytamy dużo o motywacji oraz umiejętności stawiania sobie celów, ponieważ sukces językowy osiągniemy tylko wtedy, gdy wiemy, czego oczekujemy. Dowiemy się skąd czerpać energię i co może pomóc nam w nauce. Odnajdziemy część książki poświęconą komunikacji, a także roli empatii i typom nauczycieli oraz temu, jak wybrać właściwy kurs. Poznamy narzędzia językowe oraz dużo porad, a w tym autorską Metodę Bezpośredniej Komunikacji.
Władca Języków to obszerna pozycja nie tylko o nauce języków, ale także o motywacji. Została ona napisana w bardzo humorystyczny sposób. Jej wyjątkowość tkwi w uwzględnieniu różnic między ludźmi, które powodują, że każdy z nas potrzebuje odnaleźć swój indywidualny sposób na naukę. Pokazuje, że odmienne są także nasze cele i motywy. Uważam, że to bardzo ciekawa książka, ale najważniejsze są tu nasze chęci. Jeśli nie podejmiemy wysiłku nauki, nie zostaniemy poliglotami. Mariusz Włoch pokazuje jednak, że przyswajanie nowego języka może być przyjemnością.
Książka jest wszechstronnym poradnikiem. Znajdziemy w niej rady, jak znaleźć skuteczną metodę nauki, która będzie dla nas odpowiednia. Przeczytamy dużo o motywacji oraz umiejętności stawiania sobie celów, ponieważ sukces językowy osiągniemy tylko wtedy, gdy wiemy, czego oczekujemy. Dowiemy się skąd czerpać energię i co może pomóc nam w nauce. Odnajdziemy część książki poświęconą komunikacji, a także roli empatii i typom nauczycieli oraz temu, jak wybrać właściwy kurs. Poznamy narzędzia językowe oraz dużo porad, a w tym autorską Metodę Bezpośredniej Komunikacji.
Władca Języków to obszerna pozycja nie tylko o nauce języków, ale także o motywacji. Została ona napisana w bardzo humorystyczny sposób. Jej wyjątkowość tkwi w uwzględnieniu różnic między ludźmi, które powodują, że każdy z nas potrzebuje odnaleźć swój indywidualny sposób na naukę. Pokazuje, że odmienne są także nasze cele i motywy. Uważam, że to bardzo ciekawa książka, ale najważniejsze są tu nasze chęci. Jeśli nie podejmiemy wysiłku nauki, nie zostaniemy poliglotami. Mariusz Włoch pokazuje jednak, że przyswajanie nowego języka może być przyjemnością.
niedzielnatworczosc.blogspot.com Joanna Niedziela, 2014-03-03